Łukasz Radziszewski - dyplom 2016

Konflikty w skali micro i macro.
"Wojenki" Łukasza Radziszewskiego.

Czym jest wojna? Zbrojnym konfliktem? Pogwałceniem zasad Harmonii? Czy możemy mówić o wojnie w kategorii ochrony dobra, przyzwalając na związane z nią zło? A może pomijając wszelkie deklaracje dotyczące uczciwości, wiary, przekonań, należałoby mówić jedynie o niewłaściwym czasie, niewłaściwym miejscu? Jaką perspektywę, pozostając w zgodzie z własnym sumieniem, może przyjąć człowiek nie doświadczony ciężarem wojny, a zatem wypowiadający się na temat mu obcy? "Strasznie lubię rysować wojnę, a kiedy zapomnę, jak ona wygląda, to wystarczy, że spojrzę w telewizor albo do gazety. To bardzo wygodne" - powiedział pięcioletni syn Roland Topora, w wywiadzie przeprowadzanym przez ojca.

Łukasz Radziszewski realizując projekt dyplomowy "Wojenki" nie chce przemawiać z punktu widzenia wyroczni moralnej. Jak sam się przyznaje - unika dosłownych odniesień do rzeczywistości. Pozwala sobie na dystans do sprawy, wybiera rolę obserwatora, nie komentatora. Kpiąco odcinając się od sprawy, jedną z ról w bitwie powierza do odegrania wielkiej stonodze, gdzie indziej zaś każe stanąć do walki czołgowi-wężowi. W "Wojenkach" mamy do czynienia z wszechogarniającym konfliktem, który obserwujemy nieco z daleka, jakby stojąc w bezpiecznej odległości. Większość postaci to schematycznie zarysowane figurki-marionetki o wadze muszej. Jest też w tych pracach coś biologicznego - sytuacje walki, ataków, bombardowań, najazdów, przypominają z daleka świat małych insektów ledwo odrosłych od ziemi. Taka perspektywa nadaje konfliktowi charakter lokalny. W mikroskali wojna przeobraża się w wojenkę, podczas której nie wytacza się ciężkich dział i nikt nie zostaje ciężko ranny, bo najzwyczajniej brakuje tu jasno określonego środka ciężkości.

Mamy do czynienia z działaniem jakichś sił, rozkładem gęstości, są wektory ruchu, ale całe potencjalne okrucieństwo jest zredukowane do minimum. Siatka skłębionych kreseczek, nerwowe ruchy, nie przesłaniają faktu, że w tym świecie możemy mówić nie tylko o braku prawa ciążenia, ale w ogóle o braku prawa. Tym samym nikt nikogo oficjalnie nie ocenia, nie ma winnych i nie ma kary. W uniwersum "Wojenek" brak jasnych reguł gry, bo nie ma komu ustalać tychże reguł.

Nie jest to zatem świat jednoznacznych wyborów oraz uzasadnionych racji. Łukasz Radziszewski nie opowiada się za jakąkolwiek ze stron. Trudno jest zatem odpowiedzieć na pytanie, która strona jest ta dobra, a która zła.

Pejzaż ulega przeobrażeniu, zmieniają się także dekoracje, rekwizyty, flagi, rodzaje broni. Autor pokazuje rozmaite sceny batalistyczne, starcia różnych wojsk na przestrzeni epok. Pojawiają się tu królowie, przywódcy, wodzowie arbitralnie ustanawiający cele walki i reguły gry, jak i są również jednostki ludzkie bezładnie miotające się na terenie bitwy, sprowadzone do poziomu rachitycznych marionetek. Nie wojna, lecz wojenka, nie ludzie, a ludziki. Autor posługuje się skrótem, nie dookreśla i nie dopowiada do końca swoich historii. Nie wiemy, czyją bierze stronę, kto jest katem, a kto ofiarą, i czy ktokolwiek tu ma szansę na wygraną. 

Czy jest to wojna zdeprecjonowana, czy oswojona? Zmieniają się dekoracje, flagi, rodzaje broni, ale stan walki trwa. Zdolność do generowania zła, nie zanika na przestrzeni czasu. I nie możemy być pewni, jaką rolę przyjdzie nam odegrać w kolejnym starciu.

tekst: Magdalena Boffito